Działo się w czasach, gdy księciem pomorskim był
Racibor I, postrach całej Skandynawii, o którego męstwie i
odwadze skaldowie, poeci i pieśniarze północy, śpiewali
drápa, czyli pieśni opiewające władców i bitwy, od Danii,
przez Szwecję aż po krańce Norwegii.
Jednak mało kto wiedział o pewnym sekrecie, którego na
szczęście długo nie poznali potomkowie walecznych
wikingów z północy, bo wtedy los im byłby przychylny. A
było to tak:
Siostrzeńcem książęcym był Dunimysł, młodzieniec
niespokojny duchem i temperamentem, którego jednak nikt
nie szanował, bo chłopiec był niskiej postury, chudzielina
jedna, co ledwie odrastał od ziemi. Jak taki malec miałby
zostać rycerzem? Może właśnie dlatego Dunimysł często
wymykał się ze Szczecina na nadmorskie plaże, bo w mieście
wciąż słyszał rozlegający się za jego plecami śmiech
przechodniów. I pewnego dnia wydarzyło się coś, co
odmieniło życie chłopca oraz całego księstwa. Na jednej z
plaż chłopiec znalazł wyrzuconą przez morze kość, lśniącą w
słońcu niczym wypolerowane złoto, jednak tak twardą, że
żaden miecz ani topór nie mogły jej przeciąć na pół. Zabrał
więc chłopiec znalezisko do zamku szczecińskiego, i nawet
nadworny alchemik książęcy nie wiedział, jakiego
stworzenia to był fragment ciała. Jeszcze tej samej nocy
chłopcu przyśnił się dziwny sen, w którym Dunimysłowi
ukazał się duch króla bałtyckich przestworzy, sam gryf:
- Jestem gryfem, którego kość znalazłeś… - zaczął stwór -
…ona wieki czekała właśnie na ciebie, bo, zapamiętaj to na
resztę życia: nie wielkość ciała świadczy o odwadze, ale
wielkość charakteru, możesz być mizerny, nawet maleńki
dla innych, ale jeśli twój duch będzie wielki, nawet ja mu
służyć będę… A teraz zrobisz według polecenia mojego:
wszystkim rycerzom w księstwie daj zadanie - niech
znajdzie się śmiałek, który za cenę sakwy złota tę kość moją
przepiłuje z przodu i z tyłu i siedem dziur w niej
wywierci, aby dźwięk wydać mogła…
Obudził się dnia następnego Dunimysł i zrobił, jak mu
polecił we śnie gryf, lecz w całym księstwie nie znalazł się
choćby jeden rycerz, którego miecz byłby tak ostry, aby
przepiłować kość, choć wielu, przez wiele godzin na
dziedzińcu zamkowym próbowało.
Kolejnej nocy we śnie chłopcu znów ukazał się duch gry-
fa, mówiąc:
- A widzisz, najwięksi spośród wielkich tego księstwa,
najmocniejsi, najsilniejsi rycerze, przepiłować kości nie
mogli i nie znalazł się nikt, kto by z niej piszczałkę mógł
zrobić… A teraz zrobisz według polecenia mojego: zatem
ty jeden, przed wszystkimi rycerzami, weźmiesz kość i
zwykłym nożykiem przepiłujesz przód i tył, i tym samym
nożykiem nawiercisz siedem dziurek, a na końcu zadmiesz
z całych sił w piszczałkę, a odtąd duch mój stać przy tobie i
strzec cię będzie do ostatnich twych dni…
Obudził się dnia następnego Dunimysł i zrobił, jak mu
polecił we śnie gryf. A zdziwienia i zachwytów wśród
szczecinian nikt już nie krył, i nikt też nie śmiał odtąd
wyszydzać chłopca.
I zdarzyło się, że władca Racibor stracił cierpliwość, bo
księstwo jego nieustannie najeżdżali z północy Duńczycy,
Szwedzi lub Norwegowie, więc zarządził książę wielką
wyprawę na północ, aż na 780. okrętów, jak śpiewał niegdyś
skald nad skaldami Snorri Sturluson, a w każdym książęcym
okręcie było po 44 rycerzy, co razem dawało 34320
zbrojnych.
Racibor pozwolił, aby w pierwszej łodzi razem z nim
płynął jego siostrzeniec Dunimysł. I gdy wydawało się, że
zwycięstwo nad Norwegami jest bliskie, nagle gęsta mgła
opadła w fiordzie Götalev, więc zarządził postój floty
Racibor, by okręty nie rozbiły się o skały. Jednak w tej samej
chwili zaczęły uderzać w armię Racibora strzały, oszczepy i
kamienie, miotane ze skalnych nabrzeży przez wroga. I w
tym momencie książę zrozumiał, że już ratunku na ocalenie
nie ma, bo w gęstej mgle nie wyprowadzi bezpiecznie całej
floty z pułapki.
Szczęśliwie Dunimysł przypomniał sobie, że gryf
pomorski obiecał mu opiekę, więc zadął z całych sił w
piszczałkę, aż tu nagle we mgle usłyszano ryk gryfa.
Dunimysł krzyknął do kapitanów floty: Za głosem gryfa, on
wyprowadzi nas bezpiecznie z mgły!
I rzeczywiście, niebawem wszystkie okręty wpłynęły bez
uszczerbku choćby jednego okrętu w nurt rzeki Göty, skąd,
gdy już mgła opadła, ujrzano potężne, warowne miasto
Kungahälla, nazywane niegdyś najbogatszą perłą Skandynawii.
Bitwa o całą Konungahelę trwała dosłownie chwilę,
nikt z obrońców nie spodziewał się tak wielkiej armii. A gdy
Pomorzanie wracali z wielkimi łupami, w drodze powrotnej
ponownie pojawiła się gęsta mgła utrudniająca nawigację. I
tym razem Dunimysł użył gryfowej piszczałki.
Gdy okręty dopłynęły do Szczecina, świętowania nie było
końca. Przez cały tydzień tańczono i bawiono się przy
dźwiękach muzyki i pieczonym mięsiwie. Aż po wielu
dniach biesiady sam Racibor zdecydował, iż to właśnie
Dunimysł zostanie komesem grodu szczecińskiego, jako
najwyższy zarządca zamku i okolicznych włości.
I po dziś dzień śpiewają jeszcze skaldowie w całej
Skandynawii o bohaterskich rycerzach, jak choćby w pieśni
zaczynającej się od słów: Król Racibor i jego zwycięskie wojska ustąpiły i powróciły do Slavii, a wielka liczba ludu, który wzięty był w Kungahelli, potem długo żył u Słowian w niewoli. Wielki port Kungahälla nigdy nie wrócił do tego samego stanu co przedtem…
Co stało się później z gryfową piszczałką? Nikt nie wie.
Ponoć Dunimysł ukrył ją gdzieś w lochach zamkowych lub
miejskich. Ostatnio nawet fragment takiej piszczałki z kości
znaleziono w Szczecinie, lecz nie odważono się jeszcze w nią
zadąć, by nie obudzić ducha niespokojnego gryfa.