SZCZECIŃSKIE
LEGENDY

Miejsce: kościół pofranciszkański (ul. Świętego Ducha 9)

O szczecińskim malarzu

   Działo się w dawnych czasach, gdy księciem był Barnim I

zwany Dobrym, ten sam, który stolicę swojego wielkiego

księstwa przeniósł z Uznamia do Szczecina, by wkrótce o

jego książęcej stolicy zrobiło się głośno w całej Europie.

   Mądry książę dbał o kupców, umacniał mury miejskie,

rozbudowywał zamek, a także sprowadził na swój dwór

poetów, muzyków i rycerzy, aby wszyscy szczecinianie oraz

poddani byli dumni ze swojej stolicy. Książę sprowadził

również do Szczecina franciszkanów, ufundował im nawet

klasztor i zadbał o wyposażenie w malowidła i rzeźby,

sprowadzając aż z Italii artystę imieniem Jan.

   Jan był cichym i pokornym człowiekiem, niebawem

nauczył się języka, czym wśród mieszczan szczecińskich

zdobył szybko uznanie. Malarz był niezwykle cierpliwy i

pracowity, godzinami potrafił nie schodzić z rusztowania

malując freski w szczecińskich świątyniach lub domach

zamożnych kupców. Z biegiem lat nabrał w sztuce

malarskiej tak wielkiej biegłości, iż z najdalszych stron

otrzymywał zamówienia na swoje obrazy.

   Wśród szczecinian zwano go także alchemikiem, bo nie

tylko jego obrazy mieniły się nadnaturalnymi barwami gdy

Jan tworzył farby według własnych przepisów, ale potrafił

również leczyć ludzi ziołami.

   Artysta przesiadywał cały wolny czas w swojej pracowni,

gdzie eksperymentował z przepisami nowych farb. I tym

razem nie było inaczej - Jan, chcąc uzyskać wyjątkowy

odcień zieleni, zmieszał starte w proch ziele kozłka, szyszki

chmielu, męczennicy, melisy i rumianku, a na koniec

miksturę przyprawił tajnym składnikiem, którego nauczył

się wytwarzać jeszcze w Wenecji. Ledwo zdołał dolać wody,

natychmiast zasnął.

   Następnego dnia pomyślał: Pewnie byłem mocno zmęczony… Wszak tyle już lat pracuję bez wytchnienia, może warto nieco odpocząć? Dzisiaj dokończę tylko fresk u franciszkanów i przez kilka najbliższych dni spędzę czas wyłącznie z rodziną.

   Jednak, na wysokim rusztowaniu w kościele franciszkańskim, Jan, ledwo wyciągnął z kieszeni proszek by dolać do niego wody, gdy wziął głębszy oddech natychmiast zasnął upadając w inne farby leżące na deskach w małych miseczkach. Następnego dnia rano Jana, umazanego całego kolorowymi farbami, obudziły okropne krzyki mieszczan:

Złodziej! Mamy złodzieja! Przyłapany na gorącym uczynku!

   Okazało się, że gdy malarz w nocy spał wysoko na

rusztowaniu, jacyś złodzieje skradli drogocenne kielichy. Na

nic zdały się tłumaczenia niewinnego malarza, że w nocy nic

nie słyszał tylko sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic, drze-

mał w najlepsze.

   Jeszcze tego samego dnia, gdy nawet Jan nie zdążył się

umyć i przypominał wielkiego kolorowego ptaka, sąd wydał

wyrok. Za kradzież mienia znacznej wartości książęcy

trybunał karał niestety każdego delikwenta spotkaniem z

katem na Rynku Siennym.

   I już biedny malarz miał zostać skrócony o głowę, gdy

nagle zza miejskiej bramy dobył się głos:

    - Ludzie, ratujcie swoje życie, duńczycy, dzicy jak

     wikingowie, już tu są, cała wielka armia! - krzyczał jak

     oszalały jakiś mieszczanin.

   Jan ani myślał uciekać, było już mu wszystko jedno.

Stanął więc naprzeciw wielkiej armii, a gdy duńscy wodzo-

wie zobaczyli kolorowego Jana, przypominającego ni to

człowieka, ni ptaka, stanęli jak wryci.

    - Jestem ten, nad którym jeszcze dzisiaj wisiał wielki topór.

     Nie mam nic, tylko tego zielonego proszku… - rzekł Jan, i

     cisnął z rozpaczy prochem w duńskich rycerzy.

   I stała się rzecz niebywała. Ledwo pył dosięgnął twarzy

zbrojnych rycerzy, ci natychmiast upadli na ziemię skuci

twardym snem. Reszta armii widząc takie nieznane

wcześniej zjawisko, uciekła w popłochu do swoich łodzi,

myśląc może, że ich towarzysze już nie żyją.

   I w ten sposób Jan stał się bohaterem Szczecina. Książę

ułaskawił Jana, a za okup uzyskany od duńskich rycerzy

uczciwie podzielił się złotem z malarzem. Odtąd Jan żył

dostatnio, postanowiwszy sobie, że już więcej żadnych

eksperymentów z farbami czynić nie będzie.

   Ponoć, jak mówią dobrzy ludzie, na jednej ze ścian

kościoła lub zamkowej kaplicy dostrzec i dziś można jeszcze

malowidło Jana, ale widzą je tylko ci, którzy podobnie jak

szczeciński malarz, serce mają pełne cierpliwości i pokory.

Włącz tę legendę..