SZCZECIŃSKIE
LEGENDY

Miejsce: most przy bulwarze

O bursztynowej galerze

   Od dawna krążyły po księstwie szczecińskim opowieści o

wielkiej galerze szybkiej i niezatapialnej, bo w całości

zrobionej z bursztynu. Okręt ten cieszył się na całym Bałtyku

oraz morzach północnych złą sławą, ponoć w ciasnych

pomieszczeniach pod pokładem ciężko pracowały jako

galernicy dzieci mające lat od ośmiu do trzynastu, zakute w

grube łańcuchy.

   Gdy bursztynowa galera zawijała do jakiegoś portu,

wszędzie tam słyszano krzyki rozpaczy, tak bezlitośni w

swoim zbójeckim rzemiośle byli piraci kradnący do załogi

małych chłopców i dziewczęta.

   I zdarzyło się razu pewnego w Szczecinie wielkie

nieszczęście. Bursztynowa galera w nocy wpłynęła rzeką do

centrum miasta. I nagle zaczęły wybuchać pożary, bito w

dzwony, bo piraci nie tylko okradali mieszczan z dobytku,

ale także z ich ukochanych dzieci, by na służbie morskiej u

korsarzy spędziły długie lata. Nim się obejrzano,

uprowadzono z miasta kilku chłopców.

   Wśród nich był Szczecisław, którego ojciec, zacny kupiec

przypraw korzennych, nazwał tak syna na cześć wspaniałego

Szczecina, w którym rodzina prowadziła ogromny dom

kupiecki, bo przyprawy sprowadzane z dalekiego południa i

wschodu, tutaj, na północy, były jeszcze nowością i nieznaną

egzotyką.

   Chłopca natychmiast wraz z pozostałymi dziećmi piraci

zakuli w dyby i czym prędzej ruszono w morze, aż po chwili

bursztynowa galera, lśniąca jeszcze chwilę w blasku księżyca,

znikła w bałtyckich mrokach.

   Mijały dni i tygodnie. Szczecinianie stracili już nadzieję na

odzyskanie swoich pociech. Nawet książę szczeciński

wyznaczył wielką nagrodę za odnalezienie uprowadzonych.

   Nic to jednak nie dało, nikt nic nie słyszał, wieść o galerze

przepadła, choć były i głosy od norweskich marynarzy, że

ponoć galera teraz pływa po dalekiej północy, gdzie dzień

trwa nawet miesiąc, w co trudno uwierzyć.

   Szczecisław razem z innymi chłopcami ciężko przez wiele

godzin wiosłował, aż malutkie dłonie puchły od nadmiaru

pracy i wyczerpania. Jednak chłopiec miał już plan na

uwolnienie siebie i innych dzieci.

    - Zaprowadź mnie do kapitana! - powiedział zawadiacko

    Szczecisław.

    Korsarze słysząc to wybuchnęli śmiechem.

 - Powiedziałem, prowadź mnie do kapitana. Jestem

   Szczecisław, syn wielkiego maga, jeśli mnie wolno nie

   puścicie, jeszcze dziś wszyscy skończycie na dnie morskim!

 - mówił coraz głośniej chłopiec.

   Może dla zabawy, może dla kaprysu, znudzeni rejsem

piraci ściągnęli z chłopca grube łańcuchy i całą załogą

zaprowadzili do kajuty kapitana.

  - Kapitanie, ten dzieciak twierdzi, że jest synem jakiegoś

  maga, a że tego wymaga korsarska powaga, musimy ci o

  tym donieść, aby nasza łajba nie poszła przypadkiem na

 dno… - powiedział jeden z piratów, nieco przejęty

słowami chłopca.

 - Głupcze, i po to śmiałeś mnie obudzić? - wrzasnął

 kapitan - To dziecko miałoby nam zaszkodzić? Spójrzcie

na to chucherko… - rechotał ze śmiechu kapitan.

 - Kapitanie, jestem Szczecisław, jeśli natychmiast nie

 zawrócimy do Szczecina i nie uwolnisz spod pokładu

 wszystkich dzieci, spotka cię zasłużona kara! - rzekł

 pewnym głosem młodzieniec.

- Tak? A to ciekawe, co mi zrobisz? No proszę… -

 wybuchnął śmiechem kapitan, a wraz z nim cała

 załoga.

 - Jeśli tego nie uczynisz, ty pierwszy zaraz stracisz wzrok! -

 odrzekł głośno Szczecisław.

 - Prędzej tu kraken nas odwiedzi, niż ty mnie wzroku

pozbawisz! Zamknąć mi tego dzieciaka w karcerze i do

końca dnia nie przeszka…

   Nie zdążył nawet kapitan wypowiedzieć tych słów, a

Szczecisław wyciągnął z kieszeni garść pieprzu i cisnął nią w

oczy kapitana, a ten, ku przerażeniu wszystkich piratów

zaczął wrzeszczeć:

- Moje oczy, nic nie wiedzę, nic nie widzę… Oślepłem… Jak

szczypie, jak boli… - krzyczał w niebogłosy kapitan, aż

słyszeli to mali galernicy pod pokładem.

 - Ja jeden tylko na świecie mogę zdjąć z ciebie ten urok. Jeśli

 nie zawrócimy do Szczecina, wszyscy skończycie na dnie

 Bałtyku! - triumfował teraz chłopiec.

 - Już dobrze, wygrałeś, tylko spraw, abym teraz przejrzał na

 oczy! Daję korsarskie słowo honoru, że wrócimy do

 Szczecina i zwrócę temu miastu wszystkich

 uprowadzonych, tylko mi pomóż, umieram z bólu! - błagał

 kapitan.

- Skoro prosisz, tak uczynię, ale… aby zdjąć urok z ciebie

 muszę mieć cudowną wodę, z której pił gryf… - wymyślił

 na poczekaniu Szczecisław.

- Cudowną wodę gryfa? A skąd my teraz weźmiemy

 cudowną wodę, z której pił gryf? Oj, jak boli… -

 lamentował kapitan.

- Dajcie mi zwykłej wody i zostawcie mnie sam na sam. Ja

potrafię przemieniać się w gryfa, i jako gryf napiję się tej

wody, a później wrócę do ludzkiej postaci… - kłamał z

szelmowskim uśmiechem Szczecisław widząc, jak

wielkie przerażenie było na twarzach piratów, którzy

uwierzyli, że na pokładzie ich galery mają prawdziwego

gryfa, potwora, który rzeczywiście mógłby

sprawić, że wszyscy pójdą na dno.

   Po chwili Szczecisław wrócił z drugiej kajuty z misą

wody, a przemywając oczy kapitana niby mamrotał jakieś

zaklęcie pod nosem.

    - Dziękuję, chłopcze… - rzekł kapitan korsarzy - …teraz

    widzę, że jesteś groźnym magiem nad magami. Załogo!

    Płyniemy do Szczecina!

  - Nie tak prędko, kapitanie… - zaczął Szczecisław - …

   teraz to wy będziecie galernikami, a wszystkie dzieci

   załogą na pokładzie, odpoczywającą w słońcu. Inaczej…

   - Rozumiemy... - westchnął kapitan i wszyscy piraci

zeszli pod pokład uwalniając dzieci, od teraz sami

byli galernikami, jedynie sternik z załogi korsarskiej

został przy sterze nawigując do portu szczecińskiego.

   Po wielu dniach rejsu Szczecisław i inne dzieci dostrzegły

mury miasta Szczecina, z wysokimi wieżami zamkowymi.

Kapitan jednak ani myślał poddać się szczecińskim rycerzom

i nakazał sternikowi powrót na pełne morze.

   Szczecisław, widząc już, że bursztynowa galera wpłynęła

do miasta i wykonuje manewr nawrotu, podbiegł do sternika

i ostatnią resztką pieprzu trzymaną w kieszeni sypnął piratowi w oczy. A sternik, nie widząc już kursu, rozbił okręt o kamienne przęsło mostu.

   I tym razem los łaskawy był dla szczecinian. Piraci

rzeczywiście, jak przepowiedział Szczecisław, skończyli na

dnie, a wszystkie dzieci uratowały się, wskakując na wielkie

kawały bursztynu, które wyłowiono na brzegu.

   Szczecisław, nauczony już życia, nakazał szczecinianom,

aby resztki z bursztynowej galery, by nikt w przyszłości jej

nie odbudował, podzielić na siedem równych części i

zakopać w lochach szczecińskich, na siedmiu wzgórzach

miasta. I choć wielu śmiałków po latach próbowało, nie od

naleziono jeszcze bursztynowego skarbu.

   Odtąd już nigdy nie widziano na Bałtyku bursztynowej

galery, a Szczecisław, dzięki książęcej nagrodzie, stał się

majętnym człowiekiem.


Włącz tę legendę..