Zdarzyło się razu pewnego, że kapitan Dobromir przywiózł
z dalekiej krainy do Szczecina kilku rycerzy, którzy
wyruszywszy niegdyś na krucjatę szczęścia nie mieli, i jako
pojmani zakładnicy przez długie lata byli więzieni w
saraceńskiej twierdzy.
Wśród uwolnionych rycerzy był jeden, którego los
okrutnie doświadczył - na torturach oślepiono go i wyrwano
mu język, na dodatek tak nieszczęśliwie połamano mu nogi,
że już nie mógł chodzić.
Zlitowali się więc szczecinianie nad starym rycerzem
pozwalając mu zostać w mieście. Nawet szczeciński dziad
Sobótko, zwany „księciem żebraków” pozwolił, aby
bezimienny rycerz, teraz bez jakiegokolwiek dobytku i
przyzwoitego odzienia, mógł dołączyć do ich bractwa i
żebrać w najlepszym miejscu w Szczecinie, przy Bramie
Panieńskiej.
Z czasem jednak zapomniano o dawnym rycerzu, który z
roku na rok marniał w oczach, zarósł brudem, bo nie było w
nim już chęci życia, ani krzty radości. Jedynie Pietrek, syn
okolicznego cukiernika, od czasu do czasu wykradał z
kramu ojca jakieś słodycze, by żebraczyna spod Bramy
Pańskiej mógł najeść się do syta.
Pietrek często żalił się żebrakowi, i choć tamten nie mógł
nawet odpowiedzieć słowem, czasem skinął tylko głową lub
dłonią rysował na piasku jakieś niezrozumiałe dla chłopca
znaki. Pietrek narzekał, że niebawem już nie będzie mógł
przynosić staremu rycerzowi jadła, bo jego ojciec nie
otrzymał zamówienia od księcia szczecińskiego na dostawę
nadwornych słodyczy i wkrótce pewnie zbankrutują oraz
wyjadą ze Szczecina w daleki świat, szukać zarobku.
Gdy chłopiec to mówił, nagle do dzbanuszka jałmużnika
wpadła moneta. Żebrak od razu rozpoznał po dźwięku, że to
ciężki kawałek złota, ale któżby taki dar mógł ofiarował
ślepemu nędzarzowi?
Podstarzały biedak próbował wstać, ale nie mógł, więc
chłopiec go podtrzymał.
- Kim jesteś, pani? - zapytał Pietrek.
- Jestem Anastazja, córka księcia szczecińskiego, właśnie
jadę do swego ojca w odwiedziny. - odpowiedziała
kobieta.
- A to jest pani mój przyjaciel, i choć nie ma oczu ani
języka, na pewno teraz ci dziękuje… - zaczął nieśmiało
chłopiec.
W tym momencie żebrak zaczął cały drgać, dygotać,
jakby trawiła go śmiertelna gorączka.
- Co mu jest? Czy chory? - spytała księżna.
- Nie pani, raczej rycerz ten wzruszył się twoją dobrocią… -
odrzekł Pietrek.
- Rycerz? Rycerz został żebrakiem? - dopytywała zdziwiona
Anastazja.
- Pani, to długa historia. Rycerza tego z niewoli wykupił
szczecinianin imieniem Dobromir i na statku przywiózł go
z Kairu aż tutaj. Niestety, okrutnie oślepiony i nie mogąc
chodzić, aby nie być dla ludzi utrapieniem, skończył pod tą
Bramą Panieńską... - wzdychał chłopiec.
- Chłopcze, przynieś mi natychmiast wody z miejskiej
studni, przemyję mu na odchodne chociaż twarz. Rycerz
rycerzem jest całe życie, a jego twarz musi być czysta jak
jego dusza… - nakazała Anastazja.
Po chwili chłopiec przyniósł wodę, w której księżna
zanurzyła swoją chustę i przemyła twarz żebrakowi. Po
czym, zobaczywszy czystą twarz nędzarza, zemdlała.
- Pani, pani, co ci jest! - zaczął cucić Anastazję chłopiec.
- Chłopcze, tyś mi życie uratował... To mój mąż, Henryk,
władca Meklemburgii, na którego powrót z krucjaty
czekałam już prawie trzydzieści lat… - szepnęła wzruszona księżna.
- Pani, spójrz… - krzyknął chłopiec.
W tym czasie stary rycerz na piasku nakreślił koślawych
kilka liter: JAM HENRYK TWÓJ MĄŻ.
I radość nastała w całym księstwie, wieść tę ogłoszono od
Szczecina aż po Meklemburgię. Odtąd już żaden żebrak w
Szczecinie nie chodził głodny, a rodzinę Pietrka, za opiekę
nad Henrykiem, sowicie wynagrodzono i przez wiele kolejnych lat raz w tygodniu wysyłano na meklemburski dwór szczecińskie łakocie, których sława nie zginęła po dziś dzień.
To wtedy ponoć powstało znane w Szczecinie przysłowie:
Gdy książę żebrakiem - nie jesteś biedakiem…