Dobromir był synem ubogiego rybaka, który na targu
szczecińskim dzierżawił skromny stragan sprzedając
szczecinianom świeże ryby. Co noc wypływał czółnem w niebezpieczne morze, aby rano sprzedać za grosze kilkanaście sztuk ryb. I tak, czy lato, jesień czy zima, Dobromir wypływał w swoje przybrzeżne rejsy.
Aż pewnej wiosny, zmęczony już pracą na morzu, rzekł
cicho do siebie:
- Oj, gdyby los mój się odmienił… Oddałbym wszystko…
Do końca życia mam ryby łowić w starą, połataną sieć?
Nim to powiedział, podpłynęła do Dobromira jedna z
syren. Przestraszył się nieco rybak, bo wiele już lat spędził
na morzu i dopiero teraz pierwszy raz mógł podziwiać ten
cud natury, o którym dotychczas słyszał tylko od marynarzy
w szczecińskiej tawernie.
- Nie bój się dobry człowieku - szepnęła syrena - ty i ja
cierpimy podobnie. Ty z przemęczenia, ja z udręki serca.
Ale możemy sobie pomóc. Jeśli dotrzymasz słowa, uczynię
cię szanowanym i bogatym mieszczaninem Szczecina.
- Oj, to byłoby wspaniałe… Ale co miałbym uczynić,
syrenia piękności? - zapytał rybak.
- Wiem, gdzie pośrodku Bałtyku stoi na kotwicy ostatnia
łódź wikingów, stara i opuszczona. A jest ona wyjątkowa,
bo zrobiona z magicznego drewna. Same żagle na maszty
się wspinają, każdy sztorm i burzę łódź ta przetrwa, ale
ten tylko może wejść na jej pokład i być jej kapitanem, kto
zna magiczne zaklęcie: <<Lát þetta skip vera mér hlýðinn
við handa mér>>, co znaczy w języku wikingów: <<Niech
ta łódź pod moją ręką będzie mi posłuszna>> i wtedy
musisz powiedzieć na głos tylko port, do którego chcesz
dopłynąć, a łódź sama cię tam powiedzie. Daruję ci tę łódź,
ale w zamian popłyniesz do Kairu i uwolnisz mojego
ukochanego ze Szczecina, który jako rycerz na krucjacie
wpadł w zasadzkę i teraz cierpi w kairskiej niewoli. Na
prawym ramieniu ma tatuaż z moim wizerunkiem oraz
imieniem. Jeśli go przywieziesz do Szczecina, obsypię cię
bogactwem, bo do końca swych dni łódź tylko tobie wierną
do sterowania będzie. A teraz, jeśli się zgadzasz na taką
umowę, powtórz magiczne hasło. - nakazała syrena, aby
po chwili powtórzył je rybak.
Nim Dobromir powtórzył zaklęcie, syrenka zniknęła w
głębi morza i zerwał się okrutny sztorm, aż fale poniosły go
daleko od brzegu. Mijał trzeci dzień od końca sztormu a
Dobromir stracił już nadzieję, nie mając jadła i wody.
Oszukała mnie piękna syrena, ale ze mnie głupiec -pomyślał-
jeśli mam już umierać, to we śnie, przynajmniej nie będzie bolało…
I zasnął biedaczysko, myśląc, że już z nim koniec. Aż śniąc,
zbudził do ogromny rumor. Czółno rybackie uderzyło o coś.
Dobromir wstał i nie dowierzał. Jego oczom ukazała się
wspaniała łódź wikingów, z rzeźbionym gryfem na dziobie,
z żaglami postawionymi, jakby załoga gotowa była w daleką
podróż. Ale wokół żywej duszy. Wszedł zatem Dobromir na
pokład wikińskiej łodzi. I jakież cudeńka były pod
pokładem, nie tylko beczki z wodą i marynowanym mięsiwem i śledziami, ale i złote skarby oraz skrzynie pełne
bursztynu.
Stanął rybak za sterem łodzi i próbował sobie
przypomnieć magiczne zaklęcie.
- Jak to szło? - denerwował się Dobromir - Lat beta skip
vera… mer hlydin vid handa mera? Cisza… Nie, nie
dobrze… A może, chwileczkę, już pamiętam! Lat beta skip
vera mer hlydin vid handa mer! Kair! - krzyknął rybak.
I ruszyła łódź jak szalona, mimo braku wiatrów, płynąc
nieprzerwanie kilkanaście dni i nocy, aż dotarła do dalekiego
Kairu.
No, Dobromirku… Wpadłeś jak flądra na szczeciński zamek… -pomyślał rybak - …cóż, słowo się rzekło, zabieram bursztyn i idę w to obce miasto… Może bez znajomości saraceńskiego języka wydarzy się jakiś cud…
I rzeczywiście, los sprzyjał szczecińskiemu rybakowi. Już
w porcie nie chciano nawet podejść do łodzi Dobromira, bo
przesądni kairczycy bali się wizerunku groźnego gryfa,
który mógłby na ich miasto rzucić jakiś urok, jak niegdyś
zrobił to ich sfinks, więc Dobromir, spokojny o swoją łódź,
ruszył w miasto, aż dotarł na wielki targ. A tam cuda
Dalekiego Wschodu - jedwabie, daktyle, wielbłądy, tresowane małpki. Oj, takich rzeczy u nas nie ma, kupcy szczecińscy zapłaciliby mi fortunę za te wspaniałości świata -pomyślał Dobromir, i nim westchnął, rozsypały mu się wszystkie bursztyny, które ukrywał za pazuchą.
Dla zarządcy targu był to znak, że przybysz z dalekiej
krainy bierze udział w aukcji niewolników, a że bursztyn u
Arabów był wtedy droższy od złota, Dobromir, nieświadomy
jeszcze sytuacji, wykupił z niewoli aż dwudziestu
mężczyzn.
I tym razem los był łaskawy dla Dobromira, bo jeden z
mężczyzn miał tatuaż na prawym ramieniu.
- Uciekajmy stąd - szepnął Dobromir - jestem tu, bo twoja
ukochana syrena poprosiła mnie, bym cię odnalazł.
Wracajmy do Szczecina!
Na targu Dobromir nabył jeszcze odrobinę jedwabi,
daktyli i wesołą małpkę. Gdy już wszyscy znaleźli się
bezpiecznie w łodzi, Dobromir krzyknął na całe gardło: Lat
beta skip vera mer hlydin vid handa mer! Szczecin!
I ruszyła łódź jak szalona, mimo braku wiatrów, płynąc nieprzerwanie kilkanaście dni i nocy, aż dotarła do Szczecina.
A tam, w szczecińskim porcie, radość wielka. Bo wśród
uwolnionych rycerzy rozpoznano wielu ze Szczecina, ojców,
mężów, braci, jeden był tylko z uwolnionych oślepiony i
niemy, ale przytomny i szczęśliwy, że życia w Kairze nie
stracił. A rycerz, w którym zakochała się syrena, jak mówią
dobrzy ludzie, poślubił ją wkrótce, czym zdjął z niej urok,
aby mogła zostać już na zawsze wśród ludzi. Natomiast
małpkę Dobromir podarował księciu szczecińskiemu, a za
bogactwa z wikińskiej łodzi i przywiezione towary z Kairu,
niegdyś ubogi rybak największą przy rynku kamienicę
wybudował w Szczecinie. Mówią, że gdy Dobromir był już
starcem, czarodziejska łódź wikingów sama wypłynęła w
morze, czekając nowego kapitana. I wielu wciąż jej szuka,
wypływając ze szczecińskiego portu w morze, bo znalazłszy
ostatnią łódź wikingów, znając stare zaklęcie: Lat beta skip
vera mer hlydin vid handa mer, można zdobyć niewyobrażalne bogactwa tego świata!